Thriller „Łup” z Benem Affleckiem i Mattem Damonem w rolach policjantów z południowej Florydy stał się kanwą głośnego sporu o granice swobody twórczej.
Dwaj funkcjonariusze, Jonathan Santana i Jason Smith, twierdzą, że film „zawiera zbyt wiele prawdziwych szczegółów” zaczerpniętych z realnej sprawy z 2016 r., w której zabezpieczono ponad 21 milionów dolarów ukrytych w wiadrach, a w której oni pełnili kluczowe role w śledztwie. Po premierze ich przyjaciele, członkowie rodziny i współpracownicy mieli odnieść wrażenie, że to oni dopuścili się przestępstw przedstawionych w filmie, czyli spisku, którego celem była kradzież pieniędzy z handlu narkotykami, a także zabójstwa przełożonego, podpalenia budynków mieszkalnych czy egzekucji agenta federalnego.
Choć w filmie nie padają ich nazwiska ani nie brali udziału w produkcji, policjanci pozwali firmę producencką Artists Equity, domagając się rekompensaty, zwrotu kosztów sądowych oraz publicznego sprostowania, wskazując na naruszenie ich reputacji. Prawnicy producenta odpowiadają, że film nie przedstawia prawdziwej historii ani prawdziwych postaci, co podkreślono w zastrzeżeniach w napisach końcowych, a sami powodowie nie są w stanie nawet wskazać, które postaci miałyby być na nich wzorowane.
Hollywoodzki spór w świetle polskiego prawa
Z perspektywy polskiego prawa cywilnego spór ten dotyczy przede wszystkim ochrony dóbr osobistych, w tym dobrego imienia, czci, prywatności oraz prawa do wizerunku. Kodeks cywilny w art. 23 i 24 k.c. przyznaje osobie, której dobro zostało naruszone, roszczenia o zaniechanie, usunięcie skutków, odszkodowanie i zadośćuczynienie. Kluczowe jest więc ustalenie, czy w danym przypadku doszło do bezprawnego naruszenia, a więc czy twórcy przekroczyli granice swobody twórczej, rozumianej jako wolność tworzenia fikcji, która jednak nie może służyć uwłaczaniu godności lub czci konkretnych osób. Kluczowe pytanie brzmi więc, kiedy bohater dzieła artystycznego pozostaje jedynie „inspiracją”, a kiedy staje się rozpoznawalnym odwzorowaniem konkretnej osoby.
Trzy modele relacji między fikcją a rzeczywistością
Po pierwsze, jeżeli w dziele pojawia się postać oznaczona prawdziwym imieniem i nazwiskiem, autor powinien powstrzymać się od przedstawiania jej w nieprawdziwym i niekorzystnym świetle. W przeciwnym razie może dojść do naruszenia dóbr osobistych.
Po drugie, problem może dotyczyć tzw. postaci z kluczem. Chodzi o sytuację, w której twórca nie posługuje się prawdziwym nazwiskiem, ale konstruuje bohatera w taki sposób, że odbiorcy mogą bez większych trudności rozszyfrować, o kogo chodzi. W takim przypadku również niedopuszczalne jest ośmieszanie danej osoby czy przypisywanie jej nieprawdziwych, negatywnych cech. Swoboda twórcza nie może służyć jako narzędzie do obrażania, rozliczania czy stygmatyzowania konkretnej jednostki.
Po trzecie, w utworze może pojawić się postać anonimowa, która wprawdzie posiada pewne cechy osoby rzeczywiście istniejącej, ale została wprowadzona przede wszystkim po to, by zilustrować szerszą tezę dzieła. Wówczas na pierwszy plan wysuwa się przekaz ideowy lub artystyczny. W takiej sytuacji najczęściej twórca mieści się w granicach dopuszczalnej fikcji, nawet jeśli wyposaża bohatera w cechy negatywne, o ile nie prowadzi to do realnego utożsamienia tej postaci z konkretną osobą.
Co na to Sąd Najwyższy?
W orzecznictwie Sądu Najwyższego czytamy, że „jeżeli postać występująca w książce jest tak przedstawiona, że jej zidentyfikowanie nie nasuwa trudności, autor ma oznaczone obowiązki, nie jest bowiem dopuszczalne przekazywanie czytelnikom informacji nieprawdziwych, a w zakresie ocen powinien powstrzymać się od jej ośmieszania, przedstawiania jej negatywnego czy też nieprawdziwego obrazu. Swoboda twórcza nie uchyla zakazu nienaruszania cudzych dóbr osobistych; twórca nie może nadużywać takiego instrumentu, jakim jest dzieło literackie, dla obrażania ludzi, znieważania, naruszania ich prawa do prywatności i intymności. Tych granic swobody twórczej nie zmienia gatunek literacki zastosowany przez autora.”[1]
W praktyce sąd bada przede wszystkim, czy przeciętny odbiorca, czyli osoba, która nie jest specjalistą, lecz widzem może powiązać bohatera z konkretną osobą oraz czy przypisywane mu cechy w sposób istotny ingerują w dobre imię tej osoby, jej cześć lub prywatność. Znaczenie mają m.in. liczba i precyzja „prawdziwych szczegółów”, takich jak miejsce, zawód czy kontekst zdarzeń, charakter przypisywanych zachowań, fikcyjny lub dokumentalny charakter produkcji, jej zasięg oraz sposób komunikowania inspiracji rzeczywistością. Zastrzeżenia w napisach końcowych, zgodnie z którymi wszelkie podobieństwo jest przypadkowe, mogą mieć znaczenie, ale nie są rozstrzygające. Jeżeli dla przeciętnego widza powiązanie postaci z konkretną osobą jest oczywiste, takie zastrzeżenie nie wyłączy odpowiedzialności.
„Heweliusz” kontra „Łup” – polski i amerykański kontekst
Podobny problem można dostrzec w serialu „Heweliusz”, inspirowanego katastrofą promu „Jan Heweliusz”, o czym pisaliśmy na blogu. Twórcy od początku podkreślali jego fabularny charakter i zaznaczali, że nie odtwarza on wiernie realnych osób ani chronologii zdarzeń. Większość nazwisk i nazw została zmieniona, a bohaterowie stanowią połączenie kilku życiorysów, co miało wzmocnić dramaturgię, a jednocześnie utrudnić ich jednoznaczne utożsamienie z konkretnymi osobami. Mimo pojawiających się w debacie publicznej prób łączenia niektórych bohaterów z rzeczywistymi postaciami, dla przeciętnego widza, po upływie trzydziestu lat od wydarzeń i przy wyraźnie fabularnym charakterze produkcji, takie utożsamienie może być mniej prawdopodobne. To z kolei przemawia za uznaniem, że granica swobody twórczej nie została przekroczona.
Przenosząc tę logikę na toczący się spór Santany i Smitha z twórcami „Łupu”, punkt ciężkości analizy pozostaje podobny. Z jednej strony producenci podkreślają, że film jest fikcją, a postaci nie odpowiadają realnym osobom. Z drugiej strony policjanci wskazują na „zbyt wiele prawdziwych szczegółów” oraz reakcje swojego otoczenia, które zaczęło ich utożsamiać z przestępczymi bohaterami filmu. W polskich realiach sąd, stosując analogiczne kryteria, oceniałby więc, po której stronie leży przewaga, czy dominują cechy uniwersalnego, fikcyjnego dzieła, czy jednak przeważa identyfikowalność konkretnej osoby. Im więcej precyzyjnych odniesień do rzeczywistych zdarzeń i ról pełnionych przez określone osoby, tym słabszy staje się argument o wyłącznie „luźnej inspiracji”.
Jak bezpiecznie kręcić filmy „oparte na faktach”? Wnioski dla producentów
Zarówno kazus „Heweliusza”, jak i spór wokół „Łupu” pokazują, że granica między inspiracją a naruszeniem dóbr osobistych nie przebiega w samych deklaracjach twórców, lecz przede wszystkim w odbiorze przeciętnego widza.
Wnioski praktyczne dla producentów i twórców są w tym kontekście istotne. Korzystanie z realnych historii wymaga nie tylko wrażliwości artystycznej, ale również odpowiedniego przygotowania prawnego i etycznego, od wstępnej analizy ryzyka naruszenia dóbr osobistych, przez pracę nad scenariuszem, w tym łączenie kilku życiorysów, modyfikację kluczowych faktów czy zmianę cech identyfikujących, aż po konsultacje prawne przed rozpoczęciem produkcji. Użycie prawdziwego imienia, nazwiska czy łatwo rozpoznawalnego wizerunku bez zgody zainteresowanego powinno pozostać wyjątkiem, zarezerwowanym raczej dla wiernego przedstawiania faktów niż dla budowania sensacyjnej fabuły. Samo stwierdzenie, że utwór jest „luźno oparty na faktach”, nie zwalnia z odpowiedzialności.
Jeżeli zestaw szczegółów pozwala na identyfikację konkretnej osoby i przypisuje jej nieprawdziwe, naganne zachowania, ryzyko roszczeń z tytułu naruszenia dóbr osobistych pozostaje wysokie. Dla twórców i producentów oznacza to konieczność uwzględniania tego ryzyka już na etapie koncepcyjnym, a nie dopiero po premierze dzieła.
[1] Wyrok SN z 28.03.2018 r., IV CSK 317/17, Legalis nr 1807220.


